poniedziałek, 15 czerwca 2026

Disaster - vs Gepardy Żory

 

To co się działo w dniu wczorajszym najlepiej było by pozostawić osłoną milczenia, aby nie powiedzieć za dużo, ale od tego mam tego bloga, aby kronikować wszystko. Te dobre i te gorsze momenty. Wczoraj był ten gorszy i to na każdym szczeblu. Dość powiedzieć, że po raz pierwszy od wielu, wielu lat żałowałem że przyjechałem na mecze, bo zwyczajnie mogłem spędzić ten dzień z rodziną.... z dzieckiem. 

Cała frustracja nie wynika nawet z samych meczy, ale z całej otoczki. Po pierwsze - termin meczu. Kto ustala na termin meczu na godzinę 16 w niedzielę po Mistrzostwach Softballu U-18? Oczywiście prawdopodobnie chodziło o to, aby pierwsza drużyna "musiała" przyjść na boisko i pomóc przy organizacji finałów, aniżeli o nasz mecz. Zarząd ma totalnie w dupie pierwszą drużynę, sytuację w której się znajdujemy, brak trenera, itd. Najważniejsze są zdjęcia, wywiad do telewizji i jakiś artykuł w lokalnej prasie. 

Po drugie - okazuje się że mamy czas do 21:30, bo do tej godziny są pracownicy Mosir. To już kolejna druga "ekipa", która ma totalnie w dupie, tym razem całą Rawę. Nikt mi nie potrafi odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest, skoro rok czy dwa temu graliśmy z Silesią do 22:30 czy z Piratami jeszcze chyba dłużej. Teraz się nie da i tyle. 

Po trzecie - przeciwnicy. Poszła informacja, że Gepardy będą nam "pomagać" w przygotowaniu boiska. Bardziej przeszkadzali niż pomagali i jeszcze się rzucali do nas. Sytuacja wyglądała tak. Po 12 wyjeżdżam z Bełchatowa. Pogoda niepewna, prognozy każda mówi co innego, ale jedno jest pewne - będzie deszcz. Chwilowy, ale będzie. Pech chciał, że oberwanie chmury przyszło po godzinie 13. Docieram na boisko po godzinie 14. Finał softballu ledwo się zaczął i został przerwany. Wszyscy pracowali nad przywróceniem boiska softball do stanu używalności. Cała pierwsza drużyna zapieprzała. Udało się, finał się rozpoczął, ale oczywiście z opóźnieniem, więc start tych naszych meczy o 16 wiadome było od początku, że się nie uda. 

Później trzeba było szykować boisko baseballowe. Żory śmieszki heheszki, zaczęli się bawić piłką do futbolu amerykańskiego, potem zaczęli rozgrzewkę gdy my ryliśmy na boisku. A później gdy boisko zostało naszykowane, my rozpoczęliśmy rozgrzewkę, finał softballu się skończył - trzeba było sprzątnąć płot. I oczywiście Żory nie pomogli, bo cytuję: "oni nie będą zapierdalać, gdy my się rozgrzewamy". To nie ważne, że oni już wcześniej mieli czas na rozgrzewkę. 

Mimo to nie winię ich aż tak bardzo. Te mecze nie powinny być rozgrywane wczoraj o tej godzinie. Po prostu. Jeżeli w harmonogramie mecz ma się skończyć o 15, to wiadome że najwcześniej realnie skończy się o 17. Dodatkowo przez limit czasowy do 21:30 i tak mieliśmy szansę rozegrać raczej tylko jeden mecz, a drugi miał być w tygodniu. Kuriozum, zwłaszcza dla mnie - osoby dojeżdżającej ponad 170km na mecz.

Gepardy Żory - Rawa Katowice 7:0 (walkower)
Mecz rozpoczynam na ławce rezerwowych. Standard. Początek całkiem niezły, tracimy 3 obiegi po errorach, ale dobra postawa naszego miotacza. W drugiej zmianie ma miejsce HBP na zawodniku z Żory. Ktoś krzyczy "medyk". Na co ktoś inny "Nie ma medyka". 

Mecz zostaje przerwany. Okazuje się, że rzeczywiście nie ma obsługi medycznej. Dostajemy 10 minut na sprowadzenie medyka. Po 10 minutach jest informacja, że pierwszy mecz zostaje zakończony walkowerem. Drugi mecz rozpoczniemy jak przybędzie medyk. 

Jak to się stało? 
Podobno obsługa medyczna była wykupiona na cały dzień od jakieś firmy, ale po turnieju softballowym medyk się ulotnił. Nikt tego nie zauważył. Nie wiem czy jeszcze na początku meczu ten medyk był czy nie, sędziowie także tego nie zweryfikowali, ale organizacyjnie był ogromny chaos jaki nie przystoi najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Podobno ten medyk został zwolniony z tej firmy. To chyba mój pierwszy w karierze walkower. Zdarzało się, że graliśmy w 9 osób i osoba z kontuzją musiała stać na prawym zapolu, żeby nie było walkowera, ale samego walkowera nie pamiętam nigdy. Smutne. 


Gepardy Żory - Rawa Katowice 15:7 (?)
Drugi mecz rozpoczynam na 1 bazie, gdzie spędzam 4 zmiany w obronie. Zero błędów, zero jakiś pamiętnych akcji. 

W ataku:
BB

Czyli generalnie mało pograłem, zaledwie jedno wejście na pałkę. Dopiero po moim zejściu, drużyna zaczęła coś odbijać i mój zmiennik w 4 zmianach ataku był na pałce bodajże 3 razy. A ja w 3 zmianach w ataku byłem tylko raz.
Okresowo też padał deszcz, czasami trzeba było się chować do boksu. Oba mecze rozegrane w skandalicznych okolicznościach, ale "z głowy". I tak bym nie był w stanie przyjechać we wtorek popołudniu, kiedy był wstępnie planowany ten drugi mecz. 

Ja zadowolony nie jestem z tego wszystkiego. Atmosfera wciąż jest kiepska w drużynie. Wiele osób ma dosyć. Byle przetrwać do końca sezonu. A co dalej? Nie wiem. Ale jeżdżenie na dwumecze, żeby zagrać 4 zmiany w jednym meczu i raz wejść na pałkę - mija się dla mnie z celem. To już przestaje być miejsce dla mnie. Nadchodzi moment o którym pisałem 5 lat temu powracając do Rawy - że nadejdzie za kilka lat ta chwila, gdy przestanę być potrzebny. Przestałem. Gram, żeby nie było mi przykro, że tyle jechałem i nic nie zagram.

Mimo to nadal Kocham Baseball i nadal czekam na kolejne mecze. Na pewno dogram sezon zasadniczy czyli w piątek z Silesią a w niedzielę z Barons. Później czekają nas aż 3 mecze ze Stalą Kutno i tutaj nie jestem już pewien czy będę na wszystkich. I to będzie właściwie koniec sezonu dla Rawy. 

Natomiast to na co czekam teraz już zdecydowanie bardziej to Wrocławska Liga Baseballu. Niestety nie udało się zagrać w czerwcu przez pogodę, wobec tego jeśli chodzi o WLB to czekają mnie: 
2 mecze w lipcu
2 mecze w sierpniu
2 mecze we wrześniu
I pewnie play offy i mecze o miejsca we wrześniu i październiku. 

To mój plan na drugą część sezonu i ten plan prezentuje się o wiele bardziej emocjonująco niż ten z pierwszej części sezonu. Kocham Baseball :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz